Cienie | Michał Zawada

Cienie

09.10.2009 - 11.11.2009

Wystawy

Godziny zwiedzania

Poniedziałek – piątek: 10:00 – 18:00

Galeria

Art Agenda Nova
ul. Batorego 2, Kraków

Slider

Artysta

Michał Zawada

O wystawie

Wystawa Cienie to ekspozycja powstała z połączenia kilku cykli malarskich, tworzonych przez artystę w ciągu ostatniego roku. Skupia i ukazuje najważniejsze problemy z jakimi mierzy się młody twórca.
Zafascynowany fenomenem obrazowym zjawiska śmierci, przedstawia jego sytuacje graniczne. Bohaterów swoich płócien konfrontuje z ostatecznością, malując wizerunki osób tuż przed, lub w chwili śmierci.
Syntetyczna i wysublimowana forma utrzymana w trzech nakładających się na siebie barwach, stwarza napięcie i uczucie niepokoju. Michał Zawada czerpiąc inspiracje ze świata innych twórców, ale także z własnych wspomnień i przeżyć, zestawia je w nowych, zaskakujących montażach.
Dzięki własnej erudycji jednoczy w obrazach wiele wątków ze współczesnej kultury. Używając cytatów i zapożyczeń, nie pozostawia dzieła jako elementu samoistnego lecz wpisuje je w szeroki kontekst, w twórczą rozmowę z tradycją artystyczną i teorią sztuki.
Bardzo świadomy własnego podejścia do problemu, zdaje się sugerować, iż sam obraz – odwzorowanie (powstały według legendy przez odrysowanie na piasku cienia człowieka) jest świadectwem nieobecności, tego co zostało na nim przedstawione. W tym ujęciu wystawa jest refleksją nad samą istotą malarstwa jako sztuki przedstawiającej.

Na temat wystawy z artystą Michałem Zawadą rozmawiała Marta Skowrońska.
MS: Cienie to tytuł wystawy i jednej z serii obrazów… światła, cienie, blaski itp., ciąg efekciarskich słów trąci banałem. Wybór jednak świadomy, więc jak go uzasadniasz?
MZ: Zdaję sobie sprawę, że dobór takiego tytułu dla wystawy może być dyskusyjny, a nawet niebezpieczny. Z jednej strony nieco patetyczny, z drugiej – kojarzący się właśnie z efekciarskim czy akademickim żargonem. Jednak wieloznaczność, budująca się na ambiwalencji charakteru samych prac i tego typu skojarzeń zaczęła mi się podobać, stała się elementem gry. Cykl Cienie to próba odkrywania wpisanej w obraz śmierci, ale nie śmierci indywidualnej czy opowiadanej sentymentalnie. Dla większości kultur fundamentem dla powstania obrazu jest śmierć, która, jak powiedziałby Belting, wikła obrazy w zagadkę nieobecności. Cień jest formą pośrednią, do pewnego stopnia unaoczniającą to, co nieobecne, minione. W trzeciej pieśni Czyśca Boskiej Komedii, Dante z przerażeniem odkrywa, że słońce prześwieca przez ciało Wergiliusza, nie załamując się i nie odnajdując w nim żadnej bariery. Cień jako pierwotny obraz (wg Greków to właśnie od obrysowania konturu cienia opuszczającego dom wojownika rozpoczyna się historia rysunku) nasyca się nieuniknionym popędem śmierci, które odkładają się poszczególnymi warstwami na moich obrazach.

Cień/światło/forma
MS: Większość twoich prac charakteryzuje rozświetlona, słodka i przyjemna kolorystyka, niewspółmierna z tematyką prac.
MZ: Podobnie, jak w wypadku tytułu, interesowała mnie budząca napięcie dwuznaczność. Zakładam odbiór obrazu jako rozciągnięty w czasie proces, w którym intensywność koloru, będącego zestawieniem trzech podstawowych barw drukarskich (cyjan, magenta i żółcień) musi działać na oko jako pierwszy bodziec. Jako odpowiednik świetlistej przestrzeni mieszających się wiązek barw RGB, zawężenie gamy kolorystycznej moich prac do nakładanych cienkimi warstwami CMY stało się odpowiedzią na moje poszukiwania malarskiego ekwiwalentu światła i jego powstrzymania – cienia. Tą gamą rozpoczynam pracę nad konkretnymi realizacjami – nad interpretacją fotografii śmierci, takich, które dają świadectwo procesu umierania, zapominania. Interesował mnie moment zgonu, ale też chwile poprzedzające go czy następujące tuż po. Śmierć w obrazie rozciąga się tu również na śmierć obrazu. Inaczej w przypadku Winterreise, w której te same kolory opowiadają złożone narracje, na które składają się gotowe obrazy, mające już swoje miejsce w powszechnej świadomości i funkcjonujące, choć na różnych prawach, w kulturze, ale także obrazy prywatne, ujawniające swoją historię o wiele bardziej intymnie. Ta niewspółmierność formy i treści chyba najsilniej ujawnia się w inspirowanym fotografiami Hiroshi Sugimoto cyklu In Praise of Shadows.
Cień/kontrast
MS: Kontrasty barwne, kontrasty treściowe, kontrasty formalne są poszukiwaniem wyrazistszej formy przekazu czy stanowią grę, zabawę artysty eksperymentująco?
MZ: Oczywiście nigdy nie jest tak, że dany obraz powstaje w wyniku przemyślanej, założonej na początku formuły, bez żadnych zaskoczeń. Proces tworzenia to nieustanna konfrontacja z ciągiem niespodzianek, prowokujących nowe rozwiązania, specyficzne dla poszczególnej pracy. W tym sensie, każdy z obrazów, mimo bycia kolejnym ogniwem cyklu, staje się indywidualnym eksperymentem, rodzącym się ze specyfiki samego procesu malarskiego. Nakładając pierwszą warstwę, nie zawsze wiem, co pojawi się na jej wierzchu, jak wyglądać będzie kolejne stadium, czy tak założone zestawienie będzie w stanie oddać formalnie treściowy niepokój. Nigdy nie robię cyfrowych symulacji, chcę, żeby samo malowanie ujawniało nowe, nieprzeczuwane nawet konteksty. Mimo to, zależy mi, żeby forma, raz – przez wzmocnienie, raz – przez kontrast, naprowadzała na to, co czai się pod spodem, na sens, choć nigdy nie jednoznaczny i raz na zawsze ustalony.
Cień historii
MS: Jakie znaczenie w twojej artystycznej karierze ma historia sztuki, twoja druga „profesja”? Obie drogi zdajesz się traktować bardzo poważnie. Czy harmonijnie na siebie zachodzą czy raczej tracisz czasem orientację, tracisz kierunek ?
MZ: To zabawne, bo z początku wydawać by się mogło, że obie dziedziny świetnie się muszą uzupełniać, że podbudowa teoretyczna dobrze przyda się praktykującemu artyście, w szczególności, że, co nie jest tajemnicą, niski poziom nauczania teorii na ASP dziwi większość studentów. Jednak różnica modelu kształcenia uniwersyteckiego tak daleko odbiega od standardów Akademii, że próba łączenia doświadczeń okazywała się czasem niemal niewykonalna. W takich momentach rzeczywiście łatwo stracić orientację. W pewnym momencie trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, które obszary nadają się do dialogu, a które nie, w przeciwnym razie, wpada się w dezorientację. Sam nigdy nie chciałbym odpowiedzieć ostatecznie na pytanie, czy jestem po prostu „artystą”, czy po prostu „teoretykiem”. Nie interesują mnie takie podziały, tak, jak nie potrafiłbym ocenić, czy wolę patrzeć na obrazy czy raczej słuchać muzyki. Moja twórczość zawsze próbuje osadzić się w szerszym kontekście, nigdy nie jest czysto formalna, świadomość historii obrazu uczestniczy w procesie twórczym na tych samych prawach, co malarski gest.
W cieniu wielkich-fotografia
MS: Fotografia jest jednym z mediów, którym się posługujesz, ale również twoje prace malarskie inspirowane są dziełami wielkich poprzedników – fotografiami, które przeszły do historii kultury. Dlaczego?
MZ: Odpowiedzi dostarcza słynne zdanie Jeana Luca Godarda: Nie ma obrazu, są tylko obrazy. Nie istnieje dla mnie wizerunek, który oddziaływać może tylko jedną warstwą, niezależną, czy to plastyczną czy treściową. Dla mnie tworzenie obrazu to tworzenie montażu, tak, jak odczytywanie każdego z wizerunków jest pulsującym procesem jego rozmontowywania na drobne fragmenty – odczytane, rozpoznane historie, drobne, świadome czy nieświadome skojarzenia, a potem składania ich z powrotem w jedną całość. Tak, jak oddać możemy mechanizm funkcjonowania pamięci. Stąd – posługuję się gotowymi obrazami, które w zestawieniu, w procesie dialektycznego montażu rodzą kolejne, nowe obrazy. Zestawienie dwóch fotografii tworzy całość różną od swoich składowych, natomiast zestawienie tej całości z kolejnymi wizerunkami tworzy kolejne dialogi i tak w nieskończoność. Ujęte w cykl obrazy mają również potencjał inny, niż pojedyncze, odizolowane.
Wychodząc z cienia
MS: Twoje prace skrywają jednak osobiste wspomnienia, obrazy intymne, czerpane z własnej przeszłości.
MZ: Sięgam zarówno po wizerunki szybko rozpoznawalne, które zyskały już miejsce w powszechnej świadomości, jak i takie, które, będąc prywatnymi zdjęciami, często tylko przede mną ujawniają część swojej historii. Ich zestawienie stanowi proces nieustannie zaskakujący, choć niemal nigdy nie działam na zasadach przypadku. Integruję zapisy prywatnych wspomnień, które rodzą swoje własne skojarzenia i systemy odniesień, w ciąg obrazów, których sens z większą łatwością funkcjonuje w pamięci odbiorcy. Często trudne do wyrażenia, tkwiące w mojej pamięci zjawiska dopiero przez taki proces symbolizacji otrzymują swoje prawo mowy.
Zabawy z cieniem.
MS: Nawarstwianie obrazów, historii i znaczeń jest odzwierciedleniem twojej osobowości, naukowego zacięcia czy młodzieńczym wyrazem poszukiwań własnych odpowiedzi na odwieczne problemy?
MZ: Żadnym z nich, a na pewno – żadnym z nich jednoznacznie. Choć praca montażu obrazów przypominać może do pewnego stopnia naukowe gromadzenie materiału, a pytanie o obraz zaliczyć można rzeczywiście do tych „odwiecznych”, proces ten pozostaje działaniem twórczym, rzadko poddającym się kontroli i rzadko oferującym jednoznaczne odpowiedzi. Zresztą, wolę stawiać pytania i obserwować, jak obraz burzy się przeciwko konkretnym rozwiązaniom i stanowczym deklaracjom. Ostatecznie, wszyscy poddani jesteśmy jego żywotności i ekspansywności.

Z niewiary w obraz

Samodzielny, pozbawiony kontekstu obraz nie istnieje. Multiplikowanie przedstawień, widoków, nieprzerwany proces skojarzeń, powielanie, przetwarzanie-pamięć generuje kolejne zestawienia. Umysł współczesnego artysty wypełniają tysiące, miliony fotografii, wspomnień i wrażeń. Obraz niezależny umarł, nastąpiła po nim pustka i tęsknota, a na akademiach nieprzerwanie powraca się do pytania o sens i wartość malarstwa.

Paradoksalnie właśnie ta niewiara w samodzielność obrazu, przeświadczenie o jego jednostkowej nieobecności stała się fundamentem twórczości Michała Zawady. Tworząc montaże z różnych przedstawień, wchodzących z sobą w interakcje, kreuje nowe treści. Zawada pragnie wciągnąć w tę grę także widza, którego doświadczenia pozwolą dostrzec mu kolejne sensy. Jednak nie ma tutaj mowy o pełnej dowolności interpretacji. Malarz podobnie jak reżyser daje pewną swobodę aktorom i widzom, równocześnie jednak kontrolując, trzymając w ryzach treść i formę obrazów.

„Nie ma obrazu, są tylko obrazy” – cykle

Myśl Jean-Luc Godarda stała się fundamentem, na którym opiera się proces twórczy Zawady. Obrazy zestawiane ze sobą, wchodzą w relacje, opowiadają swoją własną historię. Tworzenie cykli pogłębia tę narrację, zapewniając artyście i odbiorcy efekty „uboczne” nie do przewidzenia. Cienie to cykl, w którym obraz zestawiany jest ze zjawiskiem śmierci, jej punktami granicznymi, co stanowi sposób walki z nią i następującą po niej pustką i brakiem.

„Cienie to obrazy o śmierci, w których trzy podstawowe kolory odciskają się na płótnie jako przesłonięcie jego świetlistości. Nie chcę opowiadać o śmierci jako sentymentalnym zjawisku, chcę spróbować obrazem dostać się do źródła, do jego początku, osadzonego w tym, co nieobecne. Szukam obrazów-luk, obrazów-zniknięć.”

Winterreise to niekończąca się opowieść, zestawienie wspomnień, wątków autobiograficznych i nagromadzonych obrazów, który prowokuje widza do kontynuowania historii, włączenia się w tę obrazową podróż. „Interesuje mnie malarski montaż obrazów, fragmentów, dokumentów i świadectw, napędzająca je Benjaminowska dialektyka. Montaż jest tym, co pozwala zobaczyć.”

In Praise of Shadows (wg Hiroshi Sugimoto) to cykl najbardziej intymny, stanowiący osobisty komentarz artysty na temat pustki i nieobecności. „Obrazy swój punkt wyjścia wyznaczają w fotograficznym cyklu Hiroshiego Sugimoto, będącego dokumentacją życia płomienia świecy, zapisem jej życia na materiale światłoczułym. Korzystając z doświadczeń poprzednich prac, próbuję zmierzyć się z obrazami, śladami, znakami. Chcę by kontakt z fotografiami Sugimoto, stał się wymianą pytań o brak, nieobecność, stał się pracą obrazów.”

Procesualność tworzenia, procesualność interpretacji

W swojej artystycznej pracy Zawada nigdy nie posługuje się symulacjami komputerowymi, bardzo ważny jest dla niego element zaskoczenia, który potęguje technika malarska. Nie jest w stanie przewidzieć jak poszczególne, nakładane warstwy zaistnieją na płótnie. Najważniejszy jest dla niego proces, który jest jednocześnie wyzwaniem, przygodą od momentu zagruntowania po ostatnie pociągnięcie pędzla.

Owa procesualność, nakładanie kolejnych warstw, stopniowe budowanie narracji jest kluczowe dla odbioru prac Zawady. Tworząc cykle, artysta pragnie budować historię, która płynnie przechodzi od kolejnych warstw po następujące po sobie obrazy. Zawada, będąc także dyplomantem historii sztuki UJ, obserwuje wyraźne różnice w odbiorze i kontakcie z dziełem wśród teoretyków i praktyków. Jego zdaniem, jednym z błędów, które grożą historykom sztuki i teoretykom jest patrzenie na obraz przez pryzmat spisanych idei. Brak swobody, otwarcia w kontakcie z dziełem i jego twórcą, prowadzi do sytuacji, w której to, co dla praktyka stanowi oczywisty wynik pewnych działań i gestów, dla teoretyka uwikłane jest jedynie w teorię i filozofię sztuki.

Twórczość Zawady natomiast łączy w sobie te dwie siły – wiedzy i talentu, pozwalając unikać interpretacyjnych blefów i zastosowania wykluczających się idei. Obrazy należy bowiem najpierw zobaczyć zanim zaczniemy je czytać.

Marta Skowrońska
(na podstawie rozmowy z artystą przeprowadzonej we wrześniu br. na krakowskim Salwatorze)